#PSEBm

Gdy ktoś dowiaduje się, że mieszkam na czwartym piętrze w bloku i mam owczarka niemieckiego, najczęściej reaguje z oburzeniem (żeby nie powiedzieć z pianą na pysku), jakbym mordował mojego pupila dzień po dniu, kawałek po kawałku, argumentując swoją złość tym, że to duży pies i MUSI mieszkać w domu, bo musi się wybiegać.
Nie rozumiejąc tej agresywnej reakcji pytam, czy w takim razie nie jest to równie okrutne traktowanie mnie jako człowieka? Przecież sam mam prawie dwa metry wzrostu, więc jako duży człowiek też MUSZĘ się wybiegać, też się męczę, też się czuję jak w klatce.

Mój pies i ja mamy się świetnie, oboje mamy zdrową sylwetkę, a dom służy nam jedynie do odpoczynku i jedzenia. No i uczenia się komend :)

#06FM8

Całe życie wyglądałam jak anorektyczka. Ludzie pytali niby żartem, czy w domu mnie nie karmią, czemu nie jem, nawet były nieraz rozmowy ze szkolnymi pedagogami o anoreksji przez całą moją szkolną karierę.
A prawda była taka, że ja nie jadłam, ja żarłam. Lubiłam zjeść, choć nigdy nie miałam jakiejś fastfoodowej diety. Tak bardzo chciałam usiąść i nie czuć swojego kościstego tyłka. Ale nic nie dawało. Byłam chuda i już. A teksty, które słyszałam non stop, wcale mnie nie pocieszały.

Wszystko się zmieniło, gdy zachorowałam. W ciągu kilku miesięcy przybrałam znacznie na wadze. 12 kg. Dodam, że jestem dość niską dziewczyną. Gdy w ciągu jednego roku wymieniasz całą garderobę z XS do małego M, jest to mocno zauważalne.
I wiecie co? Teraz słyszę, że może dieta, że ćwiczenia, że chyba troszkę tyłek mi się poszerzył, że koleżanka zna świetne ćwiczenia na oponkę... Od tych samych osób!
Te same osoby, które wpędziły mnie w kompleksy przez moją niedowagę, teraz wprawiają mnie w kompleksy, bo mam na czym usiąść.
I wiecie co... Lubię swoją D U P Ę!

#j14C8

Pomimo młodego wieku od paru lat borykam się z umiarkowaną nadwagą, akceptacją samej siebie i swojej urody. Z nadwagą od jakiegoś czasu walczę (aby nie zacząć się turlać), z urodą pod względem psychiki jest coraz lepiej, więc ogólnie pomimo mojego pesymizmu odziedziczonego po wujku Schopenhauerze uważam, że jestem na całkiem dobrej drodze życia.
Parę dni temu szłam przez miasto w kierunku PKP niosąc w dłoni książkę. Gdy dotarłam na miejsce, a zapowiadało się jeszcze trochę czekania, rzuciłam się na pierwszą lepszą ławkę i zaczęłam czytać. W pewnym momencie zanotowałam, że ktoś przede mną stoi (kobieta w średnim wieku) i kończy właśnie zdanie, którego nie usłyszałam. Odruchowo poprosiłam, aby powtórzyła, na co ona odpowiedziała "i co tam czytasz, paskudo skończona" i... poszła sobie. Tak po prostu momentalnie odeszła.
Gdybym powiedziała, że mnie to nie zabolało, to bym skłamała. Tym bardziej że była to obca osoba, która pewnie przez zły humor postanowiła dopiec innej obcej osobie do żywego. Gdybym nie miała przy sobie tej książki, która z miejsca pozwoliła mi powrócić do wyimaginowanego świata, to najpewniej bym się z żalu rozpłakała.
Książki są okey. Ludzie to najgorsze pasożyty na świecie.

#PZHEi

Jestem w 2 klasie technikum. Jakiś czas temu na lekcji poruszyliśmy temat samoobrony i nauczyciel rzucił tekstem, że „warto mieć przy sobie jakiś gaz pieprzowy, bo są tacy, co nawet faceta mogą zgwałcić”. Nie pamiętam słowo w słowo, ale coś w tym stylu. Osoby z mojej klasy zaczęły się śmiać.

Serio, ludzie? Gwałt na mężczyznach to śmiesznie? W jakim świecie oni żyją...

#Zpxxq

Mam teraz 22 lata, a historia, którą opiszę miała miejsce jak byłam w podstawówce, w V klasie.
Popularna była wówczas kreskówka "Klub Winx" i ja również byłam ją zafascynowana. Chociaż popularna to nie jest może najlepsze słowo - bo choć dziewczynki (akurat w okolicy gdzie mieszkałam zwykle 2 lub 3 lata młodsze niż ja) ją uwielbiały, to praktycznie każdy inny nienawidził i uważał za dowód na ostateczny upadek ludzkości, najgorszą rzecz jaka może powstać, synonim głupoty itd. Wiecie, co kilka lat pojawia się taka moda/serial/Justin Bieber wśród młodszych dzieci, której wszyscy inni nie cierpią.

Naprawdę byłam zafascynowana serialem, moje pierwsze spotkanie z internetem to było przeglądanie blogów o Winx. Ten cały świat nowoczesnych wróżek, pomieszanie fantasy z science fiction, nietypowa kreska - wzięło mnie. Tworzyłam własne historie wzorowane na świecie Winx, chciałam wysłać swój pomysł na ciąg dalszy serialu do twórców, tworzyłam teorie spiskowe co scena w tym i tym odcinku oznaczała.
Tylko gdzie nie poszłam, słyszałam o Winx złe rzeczy - mamy pilnujące dzieci na placu zabaw, rozmawiające o tym jaka "ta nowa bajka jest brzydka", nastolatków mówiących, że to kopia Czarodziejki z Księżyca, Gwiezdnych Wojen, Harry'ego Pottera. Było mi smutno, ale aż tak się tym nie przejmowałam. Dopóki o tym, że jestem fanką Winx, nie dowiedzieli się ludzie z mojej klasy. Dokuczano mi, że "wierzę we wróżki", że oglądam Winx, bo chcę mieć figurę jak one (byłam nieco pulchna), że jestem zacofana w rozwoju i dziecinna, że "chcieliby mnie wyśmiać w jakiś lepszy sposób, bo lubienie Winx już tak źle o mnie świadczy, że gorzej być nie może".
Zaczęłam zastanawiać się co ze mną nie tak. Czułam się odrzucona nie tylko przez rówieśników. Czułam, że oprócz rodziców i kilku młodszych koleżanek wszyscy na mnie krzywo patrzą, bo lubię Klub Winx. Wstydziłam się tego i nie rozumiałam skąd tyle jadu względem jednego serialu.

Najgorsza rzecz miała miejsce przed wystawieniem ocen na półrocze V klasy. Byłam zawsze dobra z matematyki i miałam szansę na 6. Lekcja matmy przed feriami była luźniejsza, pani zaproponowała, by każdy opowiedział coś o sobie, co lubi itd. Gdy przyszła moja kolej, to ktoś z klasy krzyknął, że "ona tylko te Winxy lubi". Pani się mnie zapytała, czy to prawda, bo nie pasuje jej, żeby "tak mądra dziewczynka lubiła tak głupią bajkę". Przytaknęłam. Pani powiedziała, że w takim razie nie jestem tak mądra i na koniec nie dostanę 6.
Faktycznie, na półrocze miałam 5. Obniżyła mi ocenę przez zainteresowania. Przez BAJKĘ.

Tyle się mówi o rasizmach, seksizmach, ksenofobii, a ludzie potrafią dyskryminować przez takie coś.

PS Nie porzuciłam zainteresowań. Obecnie studiuję animację.

#PfkA4

Dokładnie dzisiaj mija tydzień od śmierci mojego dziadzi. Razem z babcia przeżyli ze sobą prawie 63 lata. Z tego względu, że babcia bardzo przeżywa tę śmierć, zawsze ktoś z babcią jest. Dzisiaj wieczorem byłam z nią ja. Babcia zasypiając położyła rękę na poduszce po tej stronie, co spał dziadzia i tak ją gładziła... Ona nam nie mówi, ale widać, że bardzo tęskni za dziadkiem. Patrząc na to, z trudem powstrzymywałam łzy... Miłość jest piękna, a tęsknota bardzo bolesna.

#6RPre

Mieszkam na osiedlu domów jednorodzinnych. Dosyć często jeżdżę samochodem, dzięki czemu dużo czasu spędza on za dnia na podjeździe. I najzwyczajniej w świecie nie chce mi się zamykać bramy za każdym razem, gdy wrócę do domu. Często jeżdżę na myjnię, więc dostaję niezłego ataku złości, gdy na świeżo umyty samochód narobi mi jakiś ptak. Jednak ostatnio zauważyłam (również i poczułam), że coś bezczelnie obsikuje mi samochód. Każde koło jest regularnie obsikiwane, zderzaki, drzwi.
Stwierdziłam, no dobra – pora zamykać bramę.

Kiedyś zaparkowałam na chodniku przy mojej posesji, bo czegoś zapomniałam. Gdy już zabrałam z domu co trzeba, zauważyłam jakąś babkę z psem, który namiętnie obwąchiwał mój samochód, po czym jeszcze bardziej namiętnie go oznaczał. Zwróciłam pani delikatnie uwagę, a ta jeszcze na mnie naskoczyła, że miałam czelność powiedzieć złe słowo na jej burka. Co więcej, pies był bez kagańca i nie miał nawet smyczy, więc latał gdzie chciał. Nawet moje nogi próbował obsikać, ale w porę go zganiłam, a on w zamian za to pokazał mi swoje zęby. Właścicielka psa również.

Pewnego dnia moja cierpliwość została wyczerpana. Byłam u sąsiadki na pogaduchach. Wychodząc od niej zobaczyłam, że jakimś cudem połowa bramy się otworzyła i mój kolega pies znowu wszedł na moją posesję. Zostawił mi prezent w postaci kupy na podwórku, a właścicielka jak gdyby nigdy nic poszła dalej.
Tego już za wiele! Pobiegłam na podwórko i wzięłam gołą ręką tę kupę. Nawet nie czułam obrzydzenia, chyba adrenalina tak mi podskoczyła. Poszłam za tą panią i chciałam jej walnąć ową kupą w plecy. Ale nie, przecież to by było zbyt proste. Zatem idę za nią i mówię, że po swoim psie trzeba sprzątać, a ona się ze mnie śmieje jak głupia. A że nie lubię, gdy ktoś się ze mnie śmieje, to przywaliłam tą kupą prosto w nią, rozmazując tę pachnącą maź po niej całej.

Babce nie było już tak do śmiechu. Mnie w sumie też, bo zapach kupy dosyć długo utrzymywał się na mojej dłoni, ale chociaż mam spokój i nikt już nie sika na mój samochód ani też nie sra na podjeździe.
Było warto!

#nXVPv

Jeden z lokatorów mieszkających w tym samym bloku co ja jest Świadkiem Jehowy. To miły, uprzejmy i dość lubiany gość, dlatego kiedy zobaczyłem jego sympatyczną twarz przez wizjer w drzwiach mojego lokum, od razu otworzyłem wrota. Facet wpadł do mieszkania jak burza, zdejmując buty w przedpokoju od razu uświadomił mnie co jest grane:
- Dzień dobry, czy znajdzie pan godzinkę, aby porozmawiać ze mną... pff, te buty coś ciężko schodzą... o panie naszym, synu Bożym, Jezusie Chrystusie?

Zanim się zorientowałem, facet siedział już w salonie, trzymał w jednej ręce Pismo Święte, a drugą właśnie grzebał w swojej walizce, aby po chwili położyć na stole stos ulotek, broszurek i książeczek nakłaniających mnie do gorliwego uwierzenia w chodzącego po wodzie żyda-zombie.
Nie zrozumcie mnie źle - absolutnie mam w dupie, czy ktoś wierzy w Boga "trzy w cenie jednego", Latającego Potwora Spaghetti, czy w świętą Brzozę Smoleńską. Dopóki jest to czyjaś osobista sprawa, to nic mi do tego. Wkurza mnie natomiast, gdy ktoś na siłę próbuje mnie "nawrócić", czy zanudzać gadaniem o rzeczach, które w ogóle mnie nie interesują.

Ale co zrobić? Wszedłem do salonu, usiadłem na fotelu i przez godzinę słuchałem monologu o zmartwychwstaniu, dziewicach rodzących dzieci i trudnej sztuce spacerów po tafli wody. Nie wdawałem się w dyskusję, bo nie chciałem sprawiać mojemu gościowi przykrości. Skończył, pożegnał się i wyszedł.

Pewnego dnia w mojej głowie zrodził się jednak pewien okrutny plan. Widzicie, jestem polonistą. wykładam na jednej z wyższych uczelni w moim mieście. Może tego nie wywnioskujecie po stylu mojego pisania, który tu jest dość kolokwialny, ale dla mnie język polski jest prawdziwą pasją, którą ciągle, nieprzerwanie już od dwóch dekad, poszerzam.
Widzę czasem, kiedy patrzę na moich studentów, że zagłębianie się w zasady fleksji i interpunkcji nudzi ich bardziej niż maraton "Mody na sukces". I właśnie podczas jednego z takich wykładów dostałem olśnienia.

Do drzwi mieszkania mojego "jehowego" sąsiada, ktoś zapukał. Facet, widząc przez wizjer znajomą, sympatyczną twarz, od razu otworzył wrota swego lokum...
Wpadłem do chaty, niczym burza, a w progu zdejmując buty rzekłem:

- Dzień dobry, czy znajdzie pan godzinkę, aby porozmawiać o archaicznych przyrostkach słowotwórczych i końcówkach fleksyjnych stosowanych w XIX-wiecznym etnolekcie śląskim?

Już po chwili siedziałem na wygodnym tapczanie w salonie dzierżąc w dłoniach Wielki Słownik Poprawnej Polszczyzny. Sąsiad stał przez chwilę jak wryty, a następnie wszedł za mną do pokoju i przycupnął sobie na taborecie w cieniu pawlacza.
Poprowadziłem cały, godzinny wykład na wyjątkowo nużący temat, starając się mówić monotonnym głosem. Po zakończeniu wywodu, uścisnąłem facetowi dłoń i powędrowałem do siebie z poczuciem prawidłowo wykonanej misji.

Gość do dziś patrzy na mnie, jak na wariata.:)

#9Qd4L

Kiedy byłam jeszcze w liceum, wybrałam się z koleżanką na wagary. To znaczy, taki był plan. Spotkałyśmy się w umówionym miejscu i miałyśmy wybrać się stopem do większego miasta na łażenie i jakieś zakupy, tak żeby zabić jakoś ten czas.

Łapiemy tego stopa, łapiemy... W końcu zatrzymuje się samochód. Uradowane biegniemy do niego, a za kierownicą moja ciotka... Wysiadłyśmy pod szkołą i grzecznie poszłyśmy na lekcje :D
Dodaj anonimowe wyznanie