Mam labradora. Wyprowadzam go trzy razy dziennie, najdłuższy, bo około dwugodzinny spacer odbywa się popołudniem. Zawsze noszę ze sobą trzy woreczki na psią kupę. Mój pupil zwykle podczas takiego spaceru wypróżnia się dwa razy. Tak, to ważne. Tego ranka byłam trochę zakręcona i zapomniałam, iż już podałam psu śniadanie; zwierz dostał więc podwójną porcję, a jak wszyscy wiedzą, labradory to psy niewiarygodnie łakome, toteż ową nadwyżkę pochłonął z zachwytem. Tyle tytułem wstępu.
Akcja właściwa.
Spacer dobiegał końca - wracaliśmy jak zwykle ścieżynką biegnącą tuż obok zaparkowanych w szeregu samochodów. Trzy woreczki zużyte, co dość rzadko się zdarza, toteż chciałam już wrócić do domu, coby nie ryzykować kupą, której nie będę w stanie posprzątać. Niestety nadmiar jedzenia się odezwał. Psie pokręcił się w trawie i jął oddawać niestrawione resztki. "Cóż, ten jeden jedyny raz będę zmuszona zostawić niespodziankę..." - pomyślałam niezadowolona. - "Świata tym nie unicestwię."
Nie mogło być tak łatwo, prawda?
Psi intrygant bowiem obrał sobie za toaletę skrawek ziemi stojący dokładnie przed zaparkowanym radiowozem, w którym siedział policjant. Funkcjonariusz z początku skrobał coś w notesie, po czym, niczym policyjnym zmysłem tknięty, podniósł głowę znad kartki. Widok labradora walącego kupsko musiał być dla niego niewyobrażalnie pięknym obrazkiem. Dużo bardziej jednak zachwycił się, gdy ów pies, zadowolony z siebie, podszedł do swojej właścicielki, która sparaliżowana widokiem radiowozu nie poczyniła nic, by dymiący stolec posprzątać. Policjant uśmiechnął się z politowaniem i wyszedł mi na przywitanie. Zaczęłam się nieporadnie tłumaczyć, że ja zawsze sprzątam, tylko teraz mi zabrakło woreczków, bo pies zwykle robi nie więcej niż trzy ładunki, a tu teraz taka sytuacja. Na dowód zamachałam mu przed twarzą napełnionym woreczkiem, którego nie miałam okazji wyrzucić. Stoimy nad tą kupą i rozmawiamy (pan policja ukradkiem rechocze...), gdy wraca współpracownik przesłuchującego mnie pana. Wyjaśniam całą sytuację jeszcze raz. Na szczęście panowie byli wyrozumiali. Wygrzebali z pojazdu jakąś prastarą reklamówkę i podarowali mi. Zgarnęłam psią kupę, podziękowałam za pomoc i przeprosiłam za zawracanie głowy pierdołami. Czerwona jak burak pomknęłam w swoją stronę. Gdy truchtem gnałam do domu, słyszałam tylko, jak podśmiewają się z tej sytuacji.
Gdy to wspominam również zaśmiewam się w najlepsze, ale wierzcie mi na słowo, że nigdy tak się nie stresowałam jak wtedy, gdy stałam nad psią kupą w towarzystwie dwóch dygoczących za śmiechu policjantów.
A, i od tamtej pory ZAWSZE noszę za sobą komplet pięciu woreczków. Tak profilaktycznie.
Mam 33 lata, od jakiegoś czasu pracuję jako technik na kolei. Do moich obowiązków należy wyprawianie pociągów na "zamówienie", tzn. takich, których normalnie nie ma w rozkładzie jazdy, a które jeżdżą na specjalne okazje, np. imprezy okolicznościowe, wyjazdy "kibiców" i nie tylko. Niestety dziś będzie o tych drugich.
Już kilka lat do tyłu przyszło mi złożyć skład na wyjazd kiboli jednego z dużych miast na południu kraju nad morze. Nic trudnego. Z wiadomych względów, takie pociągi nie są szczytem luksusu, gdyż po prostu szkoda nam podstawiać wagonów nowych, bo w 99% przypadków są one demolowane. Nie inaczej było w tym przypadku. "Patrioci " kilkukrotnie na trasie, dla zabawy, zaciągali hamulec awaryjny w wagonach, co doprowadziło do uszkodzenia hydrauliki w 2 wagonach w każdym wózku (to na czym wagon spoczywa w trakcie jazdy, czyli cala mechanika, zawieszenie i koła). Nie ma co się dziwić, bo przy dużej prędkości po prostu dochodzi do zablokowania kół i uszkodzenia hamulca. To jak wielkie niebezpieczeństwo powodowali, może nawet nie dla siebie, a dla innych, było po prostu nie do zrozumienia. Oczywiście tacy idioci nie zdawali sobie sprawy, że w przypadku jakiejkolwiek awarii przed rozjazdem, w "dupę" pociągu może wjechać z kosmiczną prędkością inny skład pociągu. A na niektórych rozjazdach mijanki pociągów często oscylują w granicach 2-4 min.
Pomijam to. Wagony w większości przypadków były zdemolowane. Powyrywane kanapy, szyby w oknach, masa brudu, fekaliów i śmieci na podłogach w korytarzach, przedziałach i ubikacjach. Powybijane szyby to standard, ale doszło również do uszkodzenia wagonu drugiego składu, który mijał pociąg z tymi zwierzętami, gdyż idioci rzucali butelkami przez okno w trakcie jazdy. Szczęście, że w przedziale, do którego wpadały szkła ze zbitych butelek i okien nie było pasażerów, bo pociąg podstawiał się na stację...
Mógłbym napisać wiele więcej historii i nie tylko... ale czy ma to sens? Koszty naprawy wagonów wyniosły grubo ponad 100 tys. złotych, kto za to zapłacił? Wy :) Czyli podatnicy. Czy zatrzymano kogokolwiek? Nie. Czy sprawę zgłoszono do prokuratury? Tak. Rezultat? Żaden. Powód? Kilkaset osób, brak świadków, niemożność ustalenia konkretnych osób, które demolowały. Opóźnienia innych pociągów spowodowane hamowaniem składu? Średnio 25 min.
Czemu pisze o tym teraz ? Dlatego, że w ostatnim czasie nasiliła się moim zdaniem społeczna akceptacja dla plebsu zwanego "patriotami", którzy pod przykrywką Polski walczącej demolują, kradną i robią burdy w imię wyższych ideałów. W tym przypadku zapłaciliście wy. Ja dziękuje bardzo za taki patriotyzm.
Głupio mi pisać to wyznanie, bo jest się czego wstydzić, mimo że to nie moja wina. Mam prawie 30 lat. Jestem przystojny, ale wyglądam jak 16-, 17-latek. Od matury mój wygląd nie uległ zmianie. Pewnie niektórzy napiszą, że powinienem się cieszyć. Wiecie, ma to swoje plusy, zwłaszcza jak się ma młodzieńcze zainteresowania typu imprezy, gry itp., ale na polu damsko-męskim mam problemy. Dla kobiet 20-30 lat jestem niewidzialny. A dla jakich jestem? Dla... nastolatek i kobiet 35+, których chyba jarają młodzi. Kilka razy musiałem odmówić propozycji związku licealistkom, a gdy powiedziałem ile mam lat, to one w śmiech albo w płacz, że je zbywam i że mój wiek to chamska wymówka. Wchodzę do kawiarni czy baru – wzrok nastek we mnie. To jest krępujące. A biorąc pod uwagę, ile mam lat, tym bardziej to jest stresujące. Zastanawiam się, czy skoro tak, to nie powinienem zakręcić się za inną stroną atencji, czyli milfów. To byłoby bezpieczne i społecznie niestygmatyzowane.
Nie wiem, może powinienem zapuścić brodę, choć przyznam, że nie lubię nie golić się gładko. Niestety to co piszę jest prawdą i nie wkręcam was, bo w sumie po co kłamać w wyznaniu.
Z pracy do mojego miejsca zamieszkania mam jakieś 20 minut jazdy autobusem, które zresztą nie kursują zbyt często, gdyż – ładnie mówiąc – mieszkam na zadupiu. Średnio trzeba czekać godzinę lub półtorej na pojawienie się starego rzęcha, dlatego zazwyczaj mam dużo czasu. Dużo czasu na stanie pod cukiernią, przy której jest przystanek, i gapienie się na gablotę z tortami i ciastami, czym sam siebie torturuję.
Pod ową cukiernią często przesiadują Rumuni/Cyganie/Romowie/kij-wie-kto i żebrzą o pieniądze. Nie jest to jakiś ewenement, często się ich tutaj spotyka, są właściwie wszędzie. Najczęściej są to dorosłe kobiety z dziwnie grzecznymi dziećmi i ZAWSZE śpiącymi bobasami (kiedyś czytałem artykuł na temat tego, że niemowlaki są faszerowane lekami i narkotykami, żeby zasypiały, ale to już swoją drogą...).
Teraz historia właściwa.
Dzisiejszego dnia wokół przystanku kolejny raz kręcili się ci osobnicy, wykonując swój codzienny rytuał. Dokładniej – była to dziewczynka, w wieku około 10, może 11 lat, która zaczepiała ludzi, a także jej matka; nadzorująca naukę córki. W pewnym momencie dziecko podeszło do kobiety stojącej obok mnie, rozmawiającej przez telefon. Dziewczynka ją zaczepiła kilka razy natrętnie nalegając, ale tamta zbyła ją w dość niemiły sposób, po prostu każąc jej odejść, bo była zajęta. Małej najwyraźniej bardzo odpowiedź się nie spodobała. Nie minęła chwila, a kobieta stała zgięta w pół z bólu od zasadzonego sierpowego w brzuch (najwyraźniej mali Cyganie nadrabiają sterydami), już bez torebki i telefonu.
Przyznam szczerze – nie zareagowałem. Byłem zwyczajnie w szoku. Potem wszystko potoczyło się szybko, mała razem ze swoją matką pędziły ho, ho przed siebie (i tu wam powiem, że grubi ludzie, którzy biegają, wyglądają naprawdę zabawnie), baba w ryk, a gapie, jak to gapie, wpatrują się.
Nie, nie skończyło się to happy endem, nie odnalazłem w sobie nagle bohaterskich cech jak niektóre Anonimy, nie zamieniłem się w Supermana, tak samo jak i żaden ze świadków, a pomocnych Sebków mamy w wiosce niestety deficyt. Po prostu stałem jak wryty. Ot, cała historia.
Jak na razie, mimo braku pięknego zakończenia tej bajki, myślę, że to tylko kwestia czasu. Mieszkam w wiosce, tu każdy zna każdego. Tylko tak się zastanawiam, jakim trzeba być człowiekiem, żeby zmuszać swoje własne dziecko do takiego życia. Do żebrania na ulicy, do kradzieży i przynależności do fight clubu.
Moja mama to okropna hipokrytka. Dla innych anioł, a ja mam z nią piekło. Podobno kocha gejów, przyjaźni się z nimi, ciągle im słodzi i broni, kiedy ktoś atakuje ich orientację. Za to ja wielokrotnie od niej usłyszałem, żeby mi nie przyszło do głowy zostać gejem, bo wszyscy mogą być, tylko nie ja, nie jej syn. Ciągle poucza innych rodziców, że powinni pozwolić wyszumieć się swoim dzieciom, a mi nic nie wolno. Nie mogę chodzić na imprezy, nie mogę pojechać z kolegami na weekend nad jezioro, nie mogę nawet wrócić później ze szkoły, bo zaraz wydzwania, że mam natychmiast być w domu. Młodzi ludzie ją uwielbiają, jest dla nich taka wyluzowana i fajna. Podobno każdy chciałby taką super mamę, ale ja się jej boję. Bo wiem, że gdybym dostał jedynkę albo poszedł na wagary, to zrobiłaby mi ogromną awanturę. Dostaję od dziadków kieszonkowe i nie potrafię wydać go bez wyrzutów sumienia. Kiedy mama tylko zobaczy, że coś kupiłem, zawsze ostentacyjnie pokazuje mi, jak bardzo jest niezadowolona z mojego wyboru, bo ja przecież zawsze wydaję na głupoty. Jestem pod ciągłą presją, ma wobec mnie sprzeczne oczekiwania: chce, żebym miał już dziewczynę, ale mam cały czas siedzieć w domu i uczyć się nawet w niedzielę. Liczy, że wyjadę na studia za granicę, zrobię ogromną karierę, a jednocześnie będę mieszkał blisko niej, najlepiej płot w płot. Idzie oszaleć. Wszystkim powtarza, że trzeba się bawić, cieszyć życiem, niczym nie przejmować, a ode mnie oczekuje, że będę funkcjonował jak robot. Najgorsze, że kiedy próbuję jej powiedzieć o tym, co czuję, ona zawsze to bagatelizuje i z takim ironicznym uśmieszkiem zarzuca mi, że gadam bzdury. Boję się, że nigdy się od niej nie uwolnię.
Egzamin na prawo jazdy. Ja. Egzaminator. Niezręczna cisza.
Stajemy na czerwonym świetle.
Zerkam na bok.
Widzę, jak jakiś chłopak uśmiecha się do mnie i pokazuje, że trzyma za mnie kciuki.
Dziękuję! Zdałam!
W tygodniu chodzę do szkoły, natomiast na weekendy chodzę do pracy.
Pracuję w małym sklepie spożywczo-monopolowym w centrum Warszawy, bardzo lubię tę pracę, bo jest idealna dla ucznia – nie męczysz się, zarobki przyzwoite, i sklep rodzinny mojej koleżanki, więc zawsze idzie się dogadać z szefostwem (no ale mniejsza). Mamy dwie kasy w sklepie, jedną głównie skoncentrowaną na artykułach spożywczych, drugą na alkoholu, ja stoję na tej drugiej, przez co do moich obowiązków należy rozstawianie wódek na półkach i tu zaczyna się sedno sprawy.
Czerpię niesamowitą satysfakcję z ustawiania wódki tęczowo od najjaśniejszej do najciemniejszej (czasami nawet zastanawiam się, jaki smak wódki jest ciemniejszy, np. malina czy truskawka) albo lubię ustawiać tanie wódki obok tanich, droższe obok droższych, albo takiej samej firmy muszą się stykać, a już inne być oddzielone równym odstępem, whisky obok siebie, wino słodkie u góry, wytrawne na dole i oczywiście wszystko wysunięte do przodu równo centymetr od końca półki, i jak już skończę swoje ustawianie, zaczynam się napawać pięknem tego wszystkiego. Co więcej, kiedy ktoś kupi coś, co psuje moje idealne ustawienie, np. jakąś ostatnią wódkę i przez to zostaje duża dziura między nimi, mam ochotę pobić tę osobę, co to kupiła. Czasami mam chęć zrobić zdjęcie temu i ustawić sobie na tapetę, uwielbiam patrzeć, dotykać i wyrównywać tak bardzo jak można tę wódkę, czuję wtedy spełniony umysłowo.
I chyba napisałem to tu tylko dlatego, żeby więcej ludzi wiedziało o moich super dokładnie i zawsze w logiczny sposób ułożonych wódkach.
PS Niczego w życiu tak dokładnie nie ustawiam jak tych wódek i nic innego nie daje mi tej satysfakcji, mimo że mam pokaźną kolekcję gier, to nie ustawiam ich jakoś szczególnie, TYLKO WÓDKA MNIE SPEŁNIA xD
Przez kilku lat wkręcałem syna, że jak przyjeżdża samochód z lodami i włącza melodyjkę, to znaczy, że lody właśnie mu się skończyły.
Zostałem adoptowany, gdy miałem 12 lat (moi rodzice byli narkomanami).
Podczas wigilii ojciec mojej adopcyjnej mamy, gdy nikt inny nie słyszał, powiedział mi: „Moja córka nigdy nie powinna była cię adoptować, powinna była pozwolić ci żyć na ulicy, tam gdzie twoje miejsce”.
Mamie nigdy o tym nie powiedziałem, ale nie znosiłem „dziadka” do końca jego dni.
Mam 20 lat, jestem studentką „prestiżowej uczelni”, gdzie studiuję „przyszłościowy” kierunek, miałam normalne dzieciństwo, zawsze grzeczna, zdolna, dobrze ucząca się dziewczyna, mam kochającego chłopaka, z którym jestem już ponad 4 lata.
Jestem odbierana jako szczęśliwa, zorganizowana osoba, która osiągnie w życiu sukces...
A prawda jest taka, że walczę z depresją. Przez ostatnie dwa lata byłam w rozsypce emocjonalnej, ale... potrafiłam to ukryć, udawać ten „ideał”, za jaki wszyscy mnie uważali. Wiedzą o tym tylko dwie osoby (najbliższe mi osoby) – mój brat i mój chłopak. To oni zauważyli, że coś się dzieje. To oni prawie siłą zawlekli mnie do lekarza.
Leczę się – jest lepiej, walczę. Zawdzięczam im to, że każdego kolejnego dnia mam siłę, żeby stać z łóżka.
Czemu o tym piszę?
To apel do rodziców... To, że wasze dziecko jest bezproblemowe, nie oznacza, że jest wszystko dobrze. Zwracajcie uwagę na ich problemy, na to co robią, jak spędzają czas, ROZMAWIAJCIE!
Dzisiaj odważyłam się powiedzieć o mojej chorobie moim rodzicom... Usłyszałam to, co słyszałam przy każdej prośbie o pomoc, rozmowę: „Jesteś przewrażliwiona. Znam ludzi z większymi problemami”.
Dodaj anonimowe wyznanie