#BO1QZ

Sytuacja sprzed miesiąca.

Przyszły do mnie sąsiadki z bloku z pretensjami, że słucham w mieszkaniu muzyki (nie że jakoś głośno, tylko że w ogóle), bo one są w ciąży i wymagają ciszy nocnej zarówno w nocy, jak i w dzień.
He, he, he... Zabawne, że jak kilka razy w czasie ciszy nocnej zdarzyło się, że mój były mnie maltretował, a ja krzyczałam „Ratunku! Pomocy!”, to nikt nie słyszał.

#oyge2

Głupio mi się przyznać, ale pierwszy raz się zakochałam i to jest prawdziwa katorga. Od prawie 2 miesięcy mogę myśleć tylko o nim. Moja desperacja i brak dostawania miłości jak byłam dzieckiem posunęły mnie do stalkowania mojego lubego i nawet zabawy w witchcraft, aby on mnie zauważył i abyśmy chociaż raz porozmawiali. Popadam w ekstremalne stany depresyjne, gdy zbyt długo nie mam z nim kontaktu i dostaję euforii, gdy do niego dochodzi. Chciałabym wyjść z tego i kochać jak normalna osoba, lecz z każdym dniem jest tylko gorzej i już nie mam pomysłu co robić.

#qjf2P

Gdy mieliśmy z kolegami po 12-13 lat, parę kroków od naszych bloków stały garaże, takie wiecie, stare, opuszczone blaszaki, po których biegaliśmy, skakaliśmy, chowaliśmy się w nich, gdy były pootwierane, no po prostu miejsce zabaw idealne dla dzieciaków. Nagle większość garaży zniknęła, teren został ogrodzony siatką, nasz teren! Pora wdrożyć plan zemsty i odbicia terenu. Kolega wytrzasnął nożyce do drutu, wycięliśmy w siatce dziurę, by dostać się na okupowany teren. Blok rósł w oczach. Początkowo prowadziliśmy tylko rekonesans, aż do momentu, gdy blok urósł do wysokości około trzech pięter, na dolnych poziomach pojawiały się okna. Terenu pilnowało wówczas dwóch ochroniarzy. Członkowie mojej ekipy byli ogromnymi fanami gry Splinter Cell – działanie w ukryciu, tak w skrócie, toteż tak samo w ukryciu przejmowaliśmy bazę. Wspinanie po rusztowaniach, przekradanie się pod gzymsami, chowanie się pod plandekami lub zanurzanie się w hałdach żwiru, gdy strażnik szedł na obchód. Wyobraźcie sobie, że nigdy nie byli świadomi naszej obecności tam, nigdy nas nie gonili.
Co robiliśmy, by przejąć teren? Wynosiliśmy wyposażenie – młotki, piły, dłuta, nożyce, kaski, pistolety do kleju, kombinerki. Po kilku dniach szabru naznosiliśmy do jednego z ostatnich garaży blaszaków dumnie nazwanego „Trzeci Eszelon” całą górę wyposażenia budowlanego. Nie było to w celach sprzedażowych, a tak po prostu, by naznosić – przejąć wyposażenie okupanta. Dodatkowo zrobiliśmy sobie kwaterę polową w jednym z pomieszczeń na samej górze bloku, skąd było widać cały plac budowy łącznie z trasami patrolujących ochroniarzy. Ochroniarzy nazwaliśmy Alpha i Bravo. Wszystko rzecz jasna robiliśmy po godzinach pracy budowlańców, wiadomo, lekcje w 1 gimnazjum, odrobić przyrę, obiad i dopiero był czas na misję.
Kiedy nasz proceder się skończył? Gdy dumnie wędrowaliśmy do kwatery Trzeciego Eszelonu na kolejną odprawę, a tam stały dwa radiowozy, kilku policjantów robiących zdjęcia garażu, wyciętej dziury w płocie. Jako grzeczne dzieci spytaliśmy panów policjantów, co tu robią. Dzieciom nie odmówili, powiedzieli, że chyba jakaś zorganizowana grupa okradała budowę, na innej budowie niedaleko dzieją się podobne rzeczy. Lepiej, żebyśmy się nie kręcili tutaj, to miejsce przestępstwa.

Zbrodnia doskonała, sprawcy na miejscu zrzucają podejrzenia na innych. Misja częściowo udana, agenci Trzeciego Eszelonu nie zostali wykryci. Niestety siatka szybko została zastąpiona blachą, a gdy się kręciliśmy w okolicy głównego wejścia, to widzieliśmy, że ochroniarze dostali jakiegoś dużego Burka do pomocy. Teren ostatecznie trafił w ręce okupanta. Ale cegiełka jakaś jest „nasza” – jeden z członków ekipy kupił w tym bloku mieszkanie ;)

#40iOV

Dzisiaj mój chłopak przeszedł samego siebie. Przyszedł do mnie rano po upojnej sobotniej imprezie i stwierdził, że ma bardzo suche usta, jako wzorowa kobieta oczywiście musiałam mu pomóc. Kazałam mu iść do kuchni (mam blat pomiędzy pokojem i kuchnią, gdzie zazwyczaj rano się maluję) i wysmarować „jajeczkiem”  (chodziło mi o słynną pomadkę do ust eos).

Możecie sobie tylko wyobrazić moja minę, jak zobaczyłam, że mój mężczyzna smaruje sobie usta kurzym jajem i krzyczy na cały dom, że to naprawdę pomaga :D

#Je5gY

Sytuacja miała miejsce kilka lat temu, ale do tej pory nie mogę zrozumieć jakim cudem do tego doszło. Na wstępie chciałabym powiedzieć, że byłam studentką i miałam studenckie konto bankowe w jednym z popularnych banków.

Piękny, słoneczny wakacyjny dzień. Ja od samego rana nadrabiam zaległości prasowania i oglądania ulubionego serialu. Tę cudowną sielankę przerywa dzwonek telefonu, więc stopuję film, odstawiam żelazko i odbieram telefon – numer nieznany. Po drugiej stronie słuchawki bardzo miła pani rozpoczyna rozmowę od szybkiego przedstawienia się w taki sposób, że nawet nie da się zapamiętać jej imienia oraz określenia z jakiej firmy dzwoni – oczywiście bank, kolejny telefon z jakąś ofertą, której i tak nie przyjmę, no ale w zwyczaju mam wysłuchanie oferty do końca i dopiero wtedy szybkie „nie, dziękuję, ale nie jestem zainteresowana”. Potwierdzam, że zgadzam się na nagrywanie i pani zaczyna swój monolog, który brzmiał mniej więcej tak:
„Przygotowaliśmy dla pani specjalną ofertę dotyczącą ubezpieczenia na życie. W naszym banku posiada pani konto studenckie, czyli wnioskujemy, że jest pani młodą studiującą osobą, a jak to wiadomo, w czasie studiów zdarzają się różne wypadki, czasem podczas praktyk, a czasem podczas studenckich imprez. Prawdopodobnie słyszała pani na temat wypadku podczas ostatnich otrzęsin na jednej z uczelni w Bydgoszczy, gdzie zginęła studentka... Dlatego przygotowaliśmy taką ofertę dla pani, bo nigdy nie wiadomo, czy panią nie spotka coś podobnego”. W tym momencie zamarłam, w takim szoku nie byłam jeszcze chyba nigdy. Zabrakło mi słów, a nie wiedząc co zrobić, po prostu się rozłączyłam. Kobieta ta próbowała dodzwonić się do mnie jeszcze raz – nie byłam w stanie odebrać.

Od tamtej sytuacji minęło już sporo czasu, ale do tej pory nie rozumiem, jak można zniżyć się do takiego poziomu i wykorzystać taką tragedię w celach marketingowych.

#kUO5q

Będzie szczerze i bez upiększania.
Będąc na studiach, ledwie wiązałem koniec z końcem. I to niestety nie przez imprezy, alkohol itp., a przez zwykłą biedę. Po opłaceniu mieszkania i abonamentu na telefon na cały miesiąc zostawało mi 100-150 zł. Oczywiście nie da się za tyle przeżyć w mieście, więc od poniedziałku do piątku uczelnia, a w weekend praca.
Moje znoszone do granic przyzwoitości buty były już dziurawe. W pewien weekend nie miałem żadnej fuchy, więc stwierdziłem, że pójdę na basen uczelni, który miałem za darmo, a gdzie chodziłem tylko brać prysznic, żeby zaoszczędzić na rachunku za wodę. Będąc w szatni, zobaczyłem na podłodze praktycznie nowe buty Nike, praktycznie takie same jak moje. Ukradłem je. Po prostu założyłem i zostawiłem swoje w ich miejsce. Chodziłem w nich do końca studiów, często myśląc o tym, czy tamten chłopak miał choć trochę lepiej i utrata używanych butów nie była dla niego wielkim ciosem. Czy żałuję? Trochę tak, to jednak kradzież, a z drugiej strony wiem, że kupno butów w tamtym życiu było abstrakcją.

#WWuY6

Mam wspaniałą żonę, dwie śliczne córeczki, psa, sarnę :) (znalazłem potrąconą na poboczu, z połamanymi nogami, po wyleczeniu nie mogła już wrócić do lasu), dom z dużym ogrodem. Stać mnie na egzotyczne wakacje i wyszukane rozrywki. Krótko mówiąc, jestem szczęściarzem. Jest jednak na tym szczęściu głęboka rysa.
Na studiach, przez dwa lata chodziłem z, powiedzmy, Hanią. Niestety, Hania musiała wyjechać do Kanady. Początkowo na trzy miesiące. Trzy miesiące przedłużyły się do pół roku. Czekałem, dzwoniłem, pisałem. Po roku już wiedziałem, że zostaje na stałe. Cóż, takie życie. Trzeba iść naprzód i nie oglądać się za siebie. Ale bolesny cierń cały czas tkwił w moim sercu.
Spotkałem Hanię w Polsce jeszcze przed pandemią. Przyleciała na jakiś kongres. Poszliśmy na kawę, pogadaliśmy, powspominaliśmy. Pokazaliśmy sobie zdjęcia dzieciaków. Zaproponowała, żebyśmy wymienili się telefonami. Zapytałem „ale po co, Haneczko?”.
Od tamtej pory śni mi się co jakiś czas w ten sam sposób, zwłaszcza wtedy, gdy coś idzie nie tak w pracy albo w domu. Odwraca się przed przejściem przez bramki na Okęciu, patrzy na mnie z takim smutkiem w oczach i mówi: „zadzwonię”, ale nie dzwoni. Ja potem też nie dzwonię. Budzę się z głębokim, dojmującym poczuciem straty. Żalem, że bezpowrotnie ją straciłem.

#TpmUS

Nie potrafię żyć swoim życiem – ciągle zastanawiam się, czy nie urażę kogoś, głównie chodzi mi o mamę. Mama jak to mama, chce kontrolować życie, być jego częścią. Po wyjściu za mąż zamieszkała w domu teściów, przejęła wszystkie domowe obowiązki, ponieważ moja babcia była już wtedy osobą leżącą. Zawsze mówiła, jak było jej ciężko czasem, bo dziadkowi nie smakowało to czy tamto itp.  Ja mieszkam z narzeczonym w jego domu rodzinnym – mamy piętro dla siebie, teściu sporadycznie w tym domu bywa, teściowej nie ma w naszym życiu. Dla mnie normalne, że takie sprawy jak pranie, gotowanie, sprzątanie przejmuję ja, bo w końcu planujemy wspólne życie, a nie należę do osób, które leżą i pachną. Oboje pracujemy zawodowo i nie przeszkadzają mi obowiązki poza pracą, zwłaszcza że partner też angażuje się w prace w domu i wokół domu. Podczas jednej z rozmów mama powiedziała „czyli stałaś się kurą domową”. Bardzo mnie to zabolało, mam żal do niej ogromny. Staram sobie to tłumaczyć, że ona miała podobnie i może boi się, że skończę jak ona – jak kura domowa. Mama od kilku lat nie pracuje, po urodzeniu ostatniego dziecka zwolnili ją, ale mogła sobie pozwolić na to, żeby zostać w domu. Nie pracowała zarobkowo, ale pracowała na pełen etat jako kucharka, sprzątaczka, praczka itd. I odnoszę wrażenie, że nie jest szczęśliwa, że stała się zgorzkniała. Poświęciła się nam, dzieciom, które zaczęły swoje życie i choć mamy kontakt, to jednak gniazdo zostało puste. Mówiła o szukaniu pracy, ale zawsze na mówieniu się kończyło, jakby się bała, że nie da sobie rady. Obiecywałam, że jej pomogę, ale temat się urywał. Wkurza mnie, że u niej zawsze kończy się na gadaniu. Chciała odwiedzić rodzinę – zaproponowałam, że pojedziemy razem, ale im bliżej terminu, tym więcej wymówek.
Z narzeczonym kilka razy do roku gdzieś wybywamy na 3-4 dni i zawsze mam wrażenie, że ona ma pretensje, że my gdzieś jedziemy, a oni od dłuższego czasu nigdzie nie byli. Nie dlatego, że nie mieli za co, tylko dlatego, że zasiedzieli się w domu. Ciągle mam wyrzuty sumienia, że gdzieś jedziemy, że zjedliśmy obiad w restauracji, że to czy tamto. Koleżanka powiedziała, żeby żyć własnym życiem. I tego chcę, ale jednak to moi rodzice, oni mnie wychowali, oni pomagali na studiach. Jestem im wdzięczna, ale czuję się ciągle winna. Mam wrażenie, że jedynie tato się cieszy, że mi się układa. A mama wyraźnie nieszczęśliwa: „a gdzie ja chodzę”; „przecież ja nigdzie nie jeżdżę” – to mnie dobija. Jej zachowanie, zdołowanie i ciągłe narzekanie powoli  mnie wykańcza. Nie umie się cieszyć życiem, tym co ma. A przecież mogą wyjechać z tatą na 2-3 dni, chętnie bym im opłaciła pobyt, mnie posyłali na kolonie, więc chciałabym im się odwdzięczyć. Ale nie, bo honorem się uniesie, a ja znów będę rozkminiać, czemu nie jest tak jak w innych rodzinach. Wiem, że nie ma rodzin idealnych, ale tak bym chciała, żeby moja mama odżyła.

#9Dtx5

Gdy miałem jakieś 8 lat mojemu ulubionemu pluszakowi, Panowi Smokowi przez otwory w "paszczy" zaczął wypadać plusz. Nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że postanowiłem coś z tym zrobić. Jako kreatywne dziecko wziąłem nóż z kuchni, zebrałem wszystkie pluszaki i zacząłem im po kolei podrżynać "gardła" i rozpruwać brzuchy, wyciągając "flaki" z pluszu.

W tym momencie przyszła mama, i zdziwiona się spytała coś w stylu "co robisz?" Ja na to z bananem na twarzy "przeszczep pluszu!". Mama dość zdziwiona wyszła, a ja spokojnie dokończyłem robotę. Rozprułem też Pana Smoka, wsadziłem do niego cały ten plusz i zaszyłem plecki.

P.S Pana Smoka mam do dziś, ma się dobrze xD

#t26so

Mam strasznie dobrą pamięć pod względem sytuacji życiowych. Pamiętam dokładnie sceny ze swojego życia, które wydarzyły się kiedy miałam np. 3 lata. Wszyscy wmawiają mi, że to nie jest możliwe, że pewnie moja wyobraźnia działa, bo słyszałam dużo opowieści o swoim dzieciństwie, ale... to nie to. Pamiętam dokładnie otoczenie, to jakim obrusem był przykryty stół, jakie prezenty dostałam na 3 urodziny, dokładne ubiory wszystkich zaproszonych gości, kolczyki na uszach cioci, mocne perfumy mamy, smak tortu, szczegóły takie jak ścierka, którą babcia rzuciła na stolik.
I to nie jest jedna sytuacja, zapamiętuję to co ludzie mi mówią, potrafię przytoczyć ich słowa z kilku lat wstecz, ale zawsze wszyscy mówią, że sobie to wymyślam, że to jest niemożliwe, żeby coś takiego miało miejsce. Pamiętam numery telefonów, adresy, nazwiska, twarze, głosy, nazwy ulic, numery autobusów, a nawet to po ile był sok, który kupowałam w maju 2011 roku. To jest mega dziwne, czuję się jak jakiś odmieniec, czuję się jak dziwak. Powstrzymuję się od odpowiadania na pytania „Czy pamiętasz to i to”, bo nie chcę słuchać kolejnych ataków, że jestem kłamcą.
Ostatnio sprzątałyśmy z babcią na strychu, babcia znalazła karton ze starymi ubraniami zmarłego dziadka, zaciekawiłam się i powiedziałam, żeby poszukała w nim tej czarnej, drapiącej koszuli, którą dziadek kiedyś nosił. Babcia spojrzała na mnie i ze zdziwieniem odpowiedziała, że kiedy miałam 2 lata, mama namówiła dziadka, żeby ją wywalił, bo zawsze wychodziła mi wysypka, kiedy brał mnie na ręce.

Sama nie mogłam w to uwierzyć, co ze mną jest nie tak?
Dodaj anonimowe wyznanie