#HEssd

Niedawno poznałam sympatycznego faceta. Świetnie nam się rozmawiało i umówiliśmy się na randkę raz, później drugi. Na tym drugim spotkaniu wylądowaliśmy w sypialni. Zorganizował kolację u siebie w domu, sam mnie zachęcał, no i wyszło jak wyszło.
Kiedy chciałam się z nim ponownie umówić przez telefon, powiedział mi wprost, że sprawdza laski do trzech pierwszych randek i jeżeli pójdą się z nim przespać, oznacza to, że są puszczalskie i nie warto na nie tracić czasu...

Brak mi słów, dalej do mnie nie dociera to, co się wydarzyło.

#VXZTZ

Przygarniam co jakiś czas zwierzęta ze złych warunków (jestem z branży wet i wiem, co robię). Są to zwierzęta z patologii, z krótkim lifespanem, często chorujące. Mimo tak okropnej przeszłości, udaje nam się stworzyć tak niesamowite relacje, że nawet z ludźmi tak nie bywa. Są to tak mądre, interaktywne, wydające się rozumieć więcej niż można by założyć stworzenia, że każda sekunda spędzona z nimi daje mi przeogromne szczęście i widzę, że im też. Przez ten krótki czas udaje nam się przeżyć tak wspaniale przygody i stwarzam im najlepsze możliwe warunki. Ale...
Średnio co rok, a nawet pół roku, jakieś zwierzę choruje ciężko i finalnie umiera, najczęściej trzeba pomóc mu odejść. Za każdym razem dostaję epizodu średniej (ciężkiej?) depresji, rekordowo przez 4 tygodnie zdarzyło się żyć na max 500 kcal dziennie – bezsenność, płacz, rozpacz, głęboki żal, koszmary, pustka, myśli samobójcze, poczucie niesprawiedliwości to standard. Problem z najprostszymi czynnościami, jakby trzeba było robić je niosąc 200 kg. Mimo wszystko udaje się zachować pozory „wysokofunkcjonującej” osoby – praca itd. Co tak naprawdę jeszcze bardziej mnie wykańcza.
Czy w takim razie lepiej nie brać do siebie zwierząt? Wiem, że mało kto zapewni im takie warunki i opiekę jak ja. W dodatku uważam, że cierpienie po ich odejściu jest konsekwencją wspaniałej relacji za życia, która dała mi niesamowicie dużo radości i im też. Coś za coś. Gdyby tej relacji nie było, tych wspomnień, to i żalu by nie było. Życie bez takich przyjaciół jest puste wg mnie.
Co ze specjalistą? Prywatnie mnie nie stać. Na NFZ marny skutek, wizyta trwa 15 min, a terapia lekami niedopasowana.
Czasami chciałoby się odejść razem z nimi...

#zna0m

Mieszkam w bloku, mam 32 lata i kiepską, ale za to zdalną pracę w telekomunikacji. W październiku pożegnałam kochanego kotka, w listopadzie dziadka, a w grudniu zaczął się ciężki okres w pracy... Coraz mniej zleceń – niestety pracuję na umowę zlecenie już trzy lata i niestety jest coraz więcej absurdalnych, stresowych sytuacji ze strony kierownictwa. Szukam innej pracy już jakieś dwa lata, uczę się, szkolę i próbuję się przebranżowić, ale jeszcze się nie udało. Od jesieni z tego wszystkiego popłakuję sobie z rana lub z wieczora, różnie.
Wczoraj podczas wizyty w piwnicy po ogórki spotkałam sąsiadkę, mieszkającą piętro niżej. Zwierzyła mi się, że od około pół roku słyszy psa, który płacze, skamla. W naszej klatce jest tylko jeden pies, który mieszka piętro wyżej niż ja. Pytała się, czy może ja nic nie słyszę, w końcu to ja mam bliżej do tego pieska. Odpowiedziałam, że ja nic nie słyszę, i że może sąsiadka z sąsiedniej klatki gdzieś przez ścianę coś słyszy. Pomartwiłyśmy się jeszcze chwilę o zwierzaka, pożyczyłyśmy sobie zdrówka i pożegnałyśmy się.

I teraz zastanawiam się, czy to mnie sąsiadka słyszy, czy serio jakiegoś psa :-(

#iDM34

Mam 27 lat, 175 centymetrów i prawie 130 kilogramów, jestem tzw. feedee, czyli kręci mnie otyłość, tycie i jedzenie i chciałabym się podzielić swoimi obserwacjami na temat życia takich dziewczyn jak ja.

Od zawsze miałam sporą tendencję do tycia i do końca liceum starałam się z tym walczyć, później odkryłam pewną stronę o feederyzmie i się kompletnie w to wkręciłam.
Do pewnego czasu byłam nadal nieśmiała w życiu realnym, ale mniej więcej 5-6 lat temu poznałam przyjaciółki ze studiów i zaczął się w moim życiu okres częstych imprez. Zmieniłam swój styl bycia, ubiór, mogę powiedzieć, że stałam się pewna siebie. I naprawdę ilość facetów, którym się zaczęłam podobać była ogromna. Na każdej imprezie, w każdym klubie, czuję i widzę te spojrzenia, podchodzi do mnie wielu mega przystojnych gości, flirtuje, stawia drinki itp. Na tinderze co najmniej 2/3 facetów, których lajkuję, trafia do par, a uwierzcie mi, że mam wymagania z kosmosu. Jak to kiedyś powiedziałam, niżej niż 9/10 nie zejdę i umawiam się tylko z konkretnymi przystojniakami z sześciopakiem z siłki, piłkarzami, siatkarzami i zawodnikami MMA. Większość jest od razu napalona na wypady do maka, kfc, kebsa, lody. Zdarza się też wiele próśb w stylu „mogę ci pomasować brzuszek” albo „usiądź mi na twarzy”.
Ostatnio okazało się, że nowy chłopak (wielki sportowiec, pierwszoligowy siatkarz) jednej z moich koleżanek (laseczka szczuplutka, modeleczka) też był w moich DM na tinderze (kojarzył mnie jeszcze ze studiów, chciał iść na drwala, a potem wymasować sadełko xd), ale ostatecznie go olałam (nie wiem jeszcze, czy jej to mówić czy nie). Mój ostatni były „piłkarzyk” zerwał dla mnie ze swoją fit dziewczyną (właściwie to okazało się, że chwilę grał na dwa boiska, to go pogoniłam) i nieźle ją zszokowało jak zobaczyła, dla kogo ją zostawił.

Wszystko mogłoby się wydawać piękne, bo powodzenia mogą mi zazdrościć wszystkie fitnessiary itp., ale właśnie jest jedno ale – większość facetów próbuje mnie ukrywać przed kolegami, rodziną i innymi. Uznają, że fajnie jest się zabawić, ale jednak wyjść publicznie to nie bardzo.
Jeden z chłopaczków, którzy do mnie wypisywali (ten za to chciał, żebym go zgniotła tyłkiem i brzuchem xd) miał nawet na insta zdjęcie z siłki w koszulce JUK, więc jak widać, inaczej interpretował ten slogan xd
Sama nie wiem, czy chwalę się swoimi podbojami czy się żalę, ale zwyczajnie śmieszy mnie ta społeczna hipokryzja i piętnowanie grubych dziewczyn.
A wy, moje grubiutkie, nie przejmujcie się kilogramami, biusty i tyłki w ruch ;)

PS A jak ktoś się gapi na Twój „bebech”, to pewnie sam chciałby dotknąć ;)

#0G31k

Sytuacja z ostatnich wakacji.
Wracam do domu z weekendu w Chałupach, ok. godziny 12 w nocy w niedzielę. W tamtym czasie mieszkałam u babci przyjaciółki, która do wejścia do domu miała schodki w górę, z dwóch stron otoczone krzakami. Zawsze przed wejściem na te schody w nocy zapalałam sobie latarkę w telefonie, żeby upewnić się, że nie ma tam żadnej pajęczyny, bo pająków boję się najbardziej na świecie. No i zapalam latarkę i widzę ogromnego 5-centymetrowego pająka z wielką pajęczyną... Wpadłam w panikę. Starałam się nawet go stamtąd zrzucić, ale strach we mnie wygrał i nawet dwumetrowym patykiem bałam się go dotknąć. Nie chciałam za bardzo dzwonić po znajomych o takie „głupstwo”, więc weszłam do auta cała we łzach i czuję, że jedynym wyjściem będzie nocka w aucie na siedzeniu (całe szczęście miałam ze sobą śpiwór). Na drugi dzień rano wstałam i po pająku i jego pajęczynie nie było śladu... Ufff, co za ulga!
Tego samego dnia pracowałam do późna, wracam z pracy, a pająk znów tam jest! Stwierdziłam, że nie dam się i nie będę znowu spała w aucie. Zadzwoniłam po taksówkę i gdy facet przyjechał powiedziałam mu, że nie chcę, żeby mnie zawoził w żadne miejsce, tylko żeby zabił mi pająka. Zrobił swoje, dałam mu dwie dychy i odjechał. Powiedział, że 20 lat pracuje jako taksówkarz, ale takiej sytuacji jeszcze nigdy nie miał.... No cóż :)

#cIB2n

Stworzyłem nieprawdziwe konto na znanym portalu społecznościowym, nie podając praktycznie żadnych informacji poza zmyślonym imieniem i nazwiskiem.
Zaprosiłem około 30-40 osób z danego miasta do znajomych. Warto dodać, że w tym mieście osoba o wybranym przeze mnie imieniu i nazwisku w ogóle nie istnieje.
Po pewnym czasie otrzymywałem propozycje do znajomych. Przez kilka tygodni liczba wyniosła około 200 znajomych. Bez żadnego wysiłku.
Po pewnym czasie zapomniałem o fejkkoncie i je olałem.

Ostatnio wszedłem i oto co zastałem: sporo zaczepek, zaproszeń itp. Kilka wiadomości co u mnie. I wiele życzeń urodzinowych. Od osób, których nie znam, dla osoby, która nie istnieje.
Wnioski wyciągnijcie sami :)

#I2Y0k

Poprosiliśmy teściową o pomoc w opiece nad dwuletnią córką. Ja musiałam jechać do pracy, a mąż miał pracować zdalnie, ale potrzebował skupienia. Od razu zaznaczę, że bardzo rzadko angażujemy do opieki naszych rodziców. Teściowa przyjechała, dostała kolację, następnego dnia rano dawałam córce śniadanie przed wyjściem, a mąż pokłócił się z matką o totalną bzdurę. No cóż, kłócą się czasem, trudno, przejdzie im. Miałam mało czasu, więc mój luby postanowił zrobić śniadanie dla naszej trójki, ale teściowa nawet go nie tknęła, bo się obraziła. Wyszłam do pracy, a mąż napisał mi, że mama nie chce ani rozmawiać, ani jeść. Próbował do niej dotrzeć, ale się nie udawało. Po pracy musiałam załatwić parę spraw i byłam w domu dopiero ok. 18. Zaproponowałam teściowej coś do jedzenia, ale odmówiła twierdząc, że już jadła, co było oczywiście nieprawdą. Mąż zapytał jej, czy jest w ogóle jakaś szansa, że porozmawiają, skoro oboje ochłonęli. NIE. Myślałam, że strajk głodowy dotyczy głównie dzieci, ale pomyliłam się. Uznałam, że skoro ona nie chce porozmawiać z synem, to ja też z nią rozmawiać nie będę. Trudno. Nie mówię, że mam idealnego męża, ale na pewno nie zasłużył na takie traktowanie. Nie zasłużył na ciągłe wpędzanie w poczucie winy czy na stałą krytykę, która niestety skutecznie obniżyła jego samoocenę.  Kiedyś teściowa powiedziała mi, że chwalenie swoich dzieci nie jest dobre. Za to mówienie, jacy to są beznadziejni i z niczym sobie nie radzą (podczas kiedy mój mąż ma dobrą pracę, wykształcenie, dobrze zarabia i jest wspaniałym tatą, a ona od kilku lat nie może znaleźć sobie pracy i wciąż narzeka) jest już OK. Co innego bratanek, którego rozpieszcza i wychwala do granic możliwości.
Mąż coraz częściej mówi, że jego mama jest toksyczna i chce zerwać z nią kontakt. Odradzałam mu to, ale chyba przestanę to robić.
Dodaj anonimowe wyznanie