Śmieszkowałem z mojego ojca, że jest starym i niemodnym prykiem. Jego odpowiedź? "Ha, ha, ha, ale ja przynajmniej wiem, kto jest moim biologicznym ojcem!".
Za cholerę nie wiem, czy żartował, boję się zapytać mamy.
Od początku studiów bardzo ciężko pracowałam na własną markę w zawodzie. Jeździłam na konferencje, wydawałam wszystkie oszczędności na dodatkowe kursy i szkolenia. Doszłam do tego momentu, w którym firmy same do mnie dzwoniły, gdy poszukiwały pracownika, ponieważ moje nazwisko było rozpoznawalne w branży.
Znalazłam świetna pracę, zarabiałam sporo, na tyle, że byłam w stanie pomagać finansowo swojemu partnerowi, który na początku kariery nie zarabiał wcale, a później około 1300 zł.
Chciałam, aby mu wyszło w zawodzie i zdawałam sobie sprawę, że w niektórych branżach „wybicie się” wcale nie jest łatwe. Nie przeszkadzała mi jego mała pensja, wolałam, żeby robił to, co kocha, tym bardziej że w perspektywie 3-5 lat zarabiałby o wiele więcej ode mnie.
Niestety, płacenie ponad 80% opłat związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego nie pozwalało mi na wielkie oszczędności, a i gdy miałam większy zastrzyk gotówki, wydawałam to na szkolenia lub na kolejną konferencję. Oczywiście, miałam oszczędności na czarna godzinę, ale przewidywały one maksymalnie 3 miesiące bez pracy. Z renomą w zawodzie i minimum jednym telefonem w miesiącu od potencjalnego pracodawcy, wydawało mi się to bezpieczne.
Niestety, w mojej pracy zaczęło się psuć, nowy manager nie przestrzegał BHP, zaczął wszystko zmieniać na gorsze, a i mnie bardzo nie lubił, bo czuł się zagrożony (miałam większe kompetencje od niego i to mi zaproponowali jego stanowisko, ale odmówiłam, bo wolę swoją pracę niż zarządzanie). Doprowadziło to wszystko do mojego złego samopoczucia, popełniłam w pracy duży błąd, który wybaczyło mi szefostwo, ale manager tak długo nalegał i robił mi antyreklamę, że zwolniono mnie.
Fama poszła w zawodzie. Manager już mocno się o to postarał. Z plotek, które do mnie doszły, mocno wyolbrzymił całą moją pomyłkę i nie miał też skrupułów, by oczernić mnie jako człowieka. Mocno się to na mnie odbiło, miałam wrażenie, że wszystko na co pracowałam legło w gruzach. Koleżanki z branży pocieszały mnie, że po prostu musi minąć trochę czasu, by ludzie zapomnieli.
W tym czasie oszczędności kurczyły się z dnia na dzień. Zaciskaliśmy pasa, ale nie na wiele się to zdało. Ja chorowałam na depresję, brałam leki, ale i tak bardzo źle się czułam. Nie byłam w stanie chodzić nawet na rozmowy kwalifikacyjne, a powrót do zawodu czy w ogóle do pracy wydawał mi się niemożliwy. Dostałam L4 od psychiatry, ale to i tak była połowa mojej dawnej pensji.
W tym wszystkim liczyłam na partnera, bo skoro ja pomagałam mu przez ostatnie 6 lat, liczyłam, że i on mi pomoże i znajdzie lepszą pracę. Nie doczekałam się... Gdy zostało mniej niż 5 tys. na koncie, zatrudniłam się w telemarketingu (tylko tam mnie chcieli) i dzień w dzień płakałam z tego powodu. Ale to nadal nie wystarcza, nadal ciągniemy z oszczędności. Powoli mnie to wykańcza.
Jestem muzykiem i gram w orkiestrze. Jak wiadomo, wszystkie orkiestry to jedna rodzina, więc udzielam się nie tylko w "mojej", ale też "u konkurencji". Gram na trąbce i uwielbiam to robić. Niestety nie spodobało się to mojemu byłemu (na szczęście) chłopakowi.
Powklejał mi gumę do żucia w tłoki, ponieważ "nie mógł znieść faktu, że więcej czasu poświęcam instrumentowi niż jemu..." Noż ręce, cycki opadają... Nikomu nie mam zamiaru ujawnić powodu zerwania związku...
W wieku 30 lat dowiedziałam się, że szczeniaki mają mleczaki.
Co więcej, nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam i dopiero po 5 minutach googlowania uwierzyłam...
Jakiś czas temu polska orkiestra wojskowa pojechała na występy do Czech. Na początek oficjalne powitania. Zaczął polski konferansjer: „...orkiestra pod dyrekcją magistra podpułkownika Jana Nowaka...”. Ludzie na widowni zaczęli się śmiać, bo „magister” to po czesku aptekarz. Kiedy konferansjer pojął w czym rzecz, dyskretnie przekazał czeskiemu koledze, żeby powiedział „doktor podpułkownik”. Wtedy zaczęła śmiać się... orkiestra, bo gość inteligencją nie grzeszył, a tu nagle awansował na doktora.
No ale dość tych uprzejmości, występy czas zacząć. Na początek lżejszy repertuar – „Kukułeczka kuka, chłopiec panny szuka”.
Powiedzieć,że widownia się śmiała to nic nie powiedzieć. Widownia dosłownie tarzała się ze śmiechu.
Co jest , do cholery? Przecież to zwykła piosenka ludowa, bez żadnych podtekstów.
Okazało się, że „panna” to po czesku dziewica, a „szukać” znaczy mniej więcej tyle, co po polsku przelecieć...
Żyję sobie spokojnie w jednym z małych miast na wschodzie kraju. Mam piękną narzeczoną, bardzo dobrze płatną pracę, duże i fajnie urządzone, a co najważniejsze - własne mieszkanie.
Doceniałem każdy dzień, każdą zarobioną złotówkę, zwłaszcza że pochodzę ze wsi, z domu, w którym nie miałem łatwego i przyjemnego życia. Dzięki wsparciu kochanej babci (śp.), chyba jedynej osoby, która mnie wtedy wspierała oraz latom nauki i ciężkiej pracy, wyrwałem się stamtąd. Cieszyłem się, że tak potoczyło się moje życie i wszystko układa się zajebiście.
No tak, a właściwie... układało.
Kilka dni temu dowiedziałem się, że w firmie będą zmiany kadrowe, ale z uwagi na dobrą pozycję, nie obawiałem się utraty pracy. Jak się domyślacie - to był błąd. Szef stwierdził, że firma popadła w kłopoty i nie stać go mnie, ale że z moim doświadczeniem na pewno COŚ sobie znajdę. Wręczył mi rozwiązanie umowy za porozumieniem stron - "będzie lepiej, jeśli rozstaniemy się w takiej formie". Nie wiedziałem co powiedzieć, mówcie co chcecie, ale serio, to był dla mnie szok.
Wróciłem do domu, usiadłem i jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w kartkę od szefa. Chwila przedłużyła się do godziny, a później od swojej mamy wróciła moja narzeczona. "Cześć, kochanie" - krzyknęła od progu. Potem poszła do kuchni, zrobiła sobie kawę i była już obok mnie.
Dziwne, ale w pierwszej chwili chyba nawet nie zauważyła, że coś jest nie tak. Milczałem. Jedyne czego wtedy pragnąłem to, żeby mnie przytuliła i powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Podsunąłem jej leżące przede mną pismo. Ona patrzyła na nie jakby oszołomiona - bardziej niż ja. Kiedy zwróciła swój wzrok na mnie, w jej oczach zobaczyłem... złość. Nie współczucie, nie wsparcie, to była zwykła złość.
Nagle wstała i podeszła do okna. Też milczała. Byłem zdezorientowany, ale podszedłem do niej i chciałem się do niej przytulić. Kolejny szok: odepchnęła mnie i po chwili rzuciła suche: "Spodziewam się dziecka".
Zamurowało mnie... i kiedy już miałem coś powiedzieć, ona popatrzyła na mnie i wyjąkała: "Wiesz, myślałam że nigdy ci tego nie powiem, ale byłam z tobą tylko dla pieniędzy. Od kilku miesięcy cię z kimś zdradzam i z to z NIM zaszłam w ciążę. Miałam nadzieję, że razem z tobą wychowam to dziecko, bo mogłeś zapewnić mu lepsze życie niż mój kochanek, ale wiesz co? Teraz to nieważne, nic mnie już przy tobie nie trzyma". I poszła się pakować.
A i jeszcze coś! Na "do widzenia" stwierdziła, że wzięła sobie też prezent walentynkowy (ten, który przed nią schowałem na dnie szafy), bo przecież i tak nie będzie mi już potrzebny...
Wierzcie lub nie, ale całe moje "idealne" życie naprawdę POSYPAŁO się w ciągu jednego, zwykłego dnia.
Tyle się mówi ostatnio o friendzonowaniu... Jeśli friendzone jest dziwny, to ja nie wiem, jak określić to, co mi się przydarzyło.
W liceum miałam kumpla. Bardzo się lubiliśmy, często wychodziliśmy gdzieś razem, przychodził do mnie do domu. Rodzice jak to rodzice, przygadywali mi, jaki to wspaniały "kawalier" mi się trafił, a ja się z tego śmiałam, no bo to przecież kumpel mój, mój bro, sztama i w ogóle.
Sielanka trwała, aż któregoś dnia kumpel przyłapał mnie na paleniu. Posmutniał coś, a następnego dnia odwiedził mnie i z poważną miną oznajmił, iż nie może być z kobietą, która pali i niestety musimy zakończyć nasz związek.
Mimo wrodzonego taktu nie powstrzymałam się przed wypaleniem "jaki, k*wa, związek?!".
Tak że tego. Nie wiem, kto tego dnia był w większym szoku.
Jestem facetem. Brat jest kilka lat starszy. Gdy miałem może z 10 lat, często przeglądałem się jak brat gra na komputerze. Wtedy była na topie gra, w której prowadziło się klub piłkarski (Championship Menager, jeśli dobrze pamiętam). Brat, wielki ekspert, nie mógł poradzić sobie z jedną drużyną w ważnym meczu. Wczytywał wiele razy, ale zawsze przegrywał, albo wynik był niezadowalający (musiał wygrać chyba 3:0, żeby przejść dalej). Prosiłem go, żeby mi dał spróbować, ale odmawiał, bo gdzie taki gówniarz się zna... W końcu sfrustrowany ciągłym przegrywaniem dał się namówić, przy czym wypalił (chyba z emocji), że jak wygram, to mnie pocałuje w dupę. Chwyciłem za myszkę, ustawiałem skład, taktykę, motywowałem piłkarzy i zgadnijcie... Wygrałem! I to nie 3:0, a 7:0!
Mina brata bezcenna. Ale jedno muszę przyznać - jest słownym człowiekiem.
Kiedy byłem na studiach, nie miałem kasy i byłem zarośnięty, więc chodziłem po akademiku szukając kogoś, kto umie obciąć włosy. Pewna słodka dziewczyna usłyszała to i powiedziała, "Hej, ja umiem obcinać włosy!". Obcięła mnie na korytarzu, a potem zaproponowała wyjście do knajpy. Zgodziłem się.
Minęło 13 lat, jesteśmy małżeństwem, a ona dalej mnie obcina. Jakieś dwa lata, kiedy byliśmy razem, przyznała się, że nie miała pojęcia jak obcinać włosy, ale bardzo chciała mieć wymówkę aby zagadać. Zrobiła to na korytarzu i zaprosiła mnie do knajpy, żebym nie mógł spojrzeć w lustro.
Rodzice nie mogli wrócić z pracy przez te śnieżyce i musiałam pójść z młodszym braciszkiem do przychodni. Dostał kubek i miał nasiusiać. Strasznie się zaczął denerwować i kiedy spytałam o co mu chodzi, to powiedział "A będę musiał potem wypić?".
Dodaj anonimowe wyznanie