#8HhpN

Zerwała ze mną dziewczyna, ale nie o tym będzie to wyznanie, będzie ono o moim przyjacielu, który mieszka za granicą i ze swoją dziewczyną był 7 lat. Nasze byłe są przyjaciółkami, a związek mojego kumpla rozpadał się szybciej niż mój, przez co w tajemnicy moja eks przekazywała mi informacje (pokazując również rozmowy na telefonie), co robi ta jego dziewczyna. A mianowicie za jego plecami umawiała się z kumplem z pracy, dodatkowo nawet jak przyjeżdżała do Polski, to razem z nim. Jak nie chciała być z moim kumplem, to OK – mogła się wyprowadzić, mogła powiedzieć, że z kimś się spotyka. Ale nigdy tego nie zrobiła.

Problem polega na tym, że mój kumpel o niczym nie wie, a co gorsza dalej o nią walczy, łudząc się przy tym, że wszystko się da naprawić. Kiedy się widzimy, jak wspomina tylko jakieś sytuacje o tym koledze, to powtarza sentencje „No i ten jej kumpel z pracy, z którym na pewno nic nie zaszło”. Tak sobie wbił to do głowy, że ciężko mu cokolwiek przetłumaczyć albo go jakoś nakierować, a wszystkie negatywne myśli kieruje na siebie, mówiąc, że to jego wina, że nie był wystarczająco dobry, że na pewno mógł zrobić coś lepiej.

Dlaczego po prostu mu o tym nie powiedziałem, skoro to mój przyjaciel? Otóż świeżo po tym, jak dziewczyna go zostawiła i przyjechał do mnie (już wtedy doszło do kilku incydentów z kolegą z pracy), powiedział mi, że jakby się dowiedział, że ona z kimś innym sypia, to by go zabił, zniszczył życie swojej eks i na końcu zabiłby siebie.
Słuchając tego wszystkiego, wiedziałem, że nie jest gotowy na prawdę, poza tym nie miałem sumienia jeszcze mu i tak w trudnej sytuacji czegoś do głowy dorzucać.

I tak żyję z tymi informacjami, wiedząc, że powinienem mu to w końcu powiedzieć. Dlatego ostatnio postanowiłem – koniec, chcę mieć czyste sumienie, chcę być dobrym przyjacielem, muszę mu to powiedzieć, minęło już pół roku. Jak tylko przyjedzie, siądę z nim do tej ciężkiej rozmowy. Mam nadzieję, że rany wystarczająco się zagoiły, a ja nie stracę przyjaciela.

#5Rguz

Mam 23 lata. Od niespełna dwóch moje życie się całkowicie zmieniło.

Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałem 13 lat. Niedługo po tym, gdy na świat przyszedł mój brat. Los chciał, że urodził się z zespołem Downa. Dla mojej rodziny był to szok i początek kłótni pomiędzy rodzicami. Ojciec twierdził, że nie dadzą rady wychować "takiego dziecka", jednak mama za nic w świecie nie chciała go oddać. W miarę jak upływał czas, coraz bardziej się od siebie oddalali, aż ojciec znalazł sobie nową rodzinę, a z nami urwał wszelki kontakt.

Było ciężko, mama pracowała na kilka etatów, żeby mieć za co nas ubrać i wykarmić. Chciałem jakoś pomóc, ale ciągle powtarzała, że ma liczyć się dla mnie tylko nauka. I tak też było, po zdanej maturze dostałem się na studia. Akademik, książki, jedzenie, stypendium socjalne nie wystarczało na wszystko. Mama ciągle pracowała, bez względu na zmęczenie, aż w końcu zachorowała. To, co miało być zmęczeniem, okazało się znacznie poważniejsze. Po tygodniach walki o zdrowie w końcu przegrała. Pogrzeb był bardzo skromny, na więcej nie było nas stać. Nawet w takiej sytuacji ojciec się nie zjawił.

Byłem kompletnie zagubiony. W tej historii to jednak mój brat odrywa kluczową rolę. Wiedziałem, że nie mogę go zostawić. Obiecałem mamie, że się nim zajmę. Wystąpiłem o przyznanie mi prawa do opieki nad nim. Zrezygnowałem ze studiów dziennych, zamiast tego poszedłem na zaoczne i znalazłem sobie pracę.

Nie ukrywam, wiele razy myślałem, że dłużej nie dam rady, że może lepiej dla nas, będzie jeśli go oddam. Jednak gdy widzę jego twarz, to jak dorasta - wszystko znika, całe zwątpienie i zmęczenie. Zastanawiam się, czy to samo czuła moja mama, gdy na nas patrzyła.

Dzisiaj, mimo że wciąż nie jest kolorowo, nie wyobrażam sobie podjęcia innej decyzji. Jeśli macie coś wynieść z tej historii, to proszę pamiętajcie: dla osoby, którą kochacie ponad życie, warto je choć w części poświęcić.

#jfyPr

Przez pewien okres mojego dzieciństwa byłam ogromną miłośniczką przytulania. Koleżanki, mama, pani ze świetlicy – to był tylko początek.

Miałam swojego ukochanego wujka Bronka, który niestety mieszkał daleko i nie widywałam się z nim często. Lecz pewnego dnia, idąc z mamusią za rączkę przez ulicę, moje małe oczka wypatrzyły znajomą sylwetkę. Wysoki, szczupły... Tak, to przecież wujek Bronek!

Natychmiast puściłam maminą dłoń i pobiegłam przytulić mojego wujka, ale ku mojemu zaskoczeniu, po skończonym „niedźwiedziu” okazało się, że to jednak nie był mój ukochany wujek, tylko jakiś menel :(

#6JwOY

Nienawidzę rozpuszczonych dzieciaków. Takie to małe, ale za to jakie doprowadzające do białej gorączki! Wszystko dostaje, bo jak nie, to tarza się po ziemi i wydziera. W sklepie lata wszędzie, zaczepia dorosłe obce osoby i mówi do nich na „ty” (!). Myśli, że jest nie wiadomo jakie i manipuluje rodzicami. Ale tak samo do szału doprowadzają mnie ich nawiedzone, wspaniałe mamusie. Pozwalają im robić wszystko, co im się podoba. A spróbuj tylko zwrócić uwagę takiemu smarkaczowi, to ona na ciebie naskoczy i będzie wrzeszczeć. No bo jak śmiałeś tak powiedzieć mojemu wspaniałemu dzieciaczkowi! A co dopiero, kiedy ktoś ma taką osobę w rodzinie. Przyłazi do ciebie w odwiedziny ze swoim dzieciakiem i pozwala mu robić, co mu się żywnie podoba. Następnie ten mały gówniak tłucze twoje naczynia, rozwala wszystko po podłodze i zabiera rzeczy twojemu dziecku. Ale jego wspaniała mamusia uważa, że przecież nic się nie stało, że to jeszcze dziecko. A tylko każ takiej posprzątać szkody, to na ciebie naskoczy. Kij w oko wszystkim nawiedzonym matkom i ich wspaniałym, rozpuszczonym bachorom!

#UKUMe

Z Asią znam się od 17 lat, od gimnazjum. Obydwie nigdy nie byłyśmy prymuskami, ale ja radziłam sobie lepiej w szkole od Asi, zwłaszcza z tych przedmiotów, które mnie interesowały i z którymi wiązałam przyszłość. Asia za to w niczym nie była dobra, żadnej pasji, nic. W liceum miała zagrożenia z każdego przedmiotu, dosłownie z każdego, nawet z religii. Asia przychodziła do domu i od razu leciała do swojego chłopaka Sebka. Nie mówię, że ja siedziałam i kułam od rana do wieczora, ale takie niezbędne minimum robiłam w domu. Kiedy ja się uczyłam do matury, Asia chodziła na imprezki z Sebkiem i ogólnie trochę śmiała się ze mnie, że moje życie towarzyskie nie jest jakieś obfite. Nie byłam outsiderem, miałam innych znajomych, ale to z nią najwięcej mnie łączyło.

Asia nie skończyła szkoły, zatrudniła się w monopolu w naszym małym mieście i chwaliła się pensją powyżej najniższej krajowej, co dla mnie w tamtym czasie było „czymś”. Jako biedna studentka dorabiałam ile mogłam, ale nie stać mnie było na zakupy w galeriach raz w miesiącu, jak moją koleżankę. Zazdrościłam jej trochę takiej niezależności finansowej. Szybko z Sebkiem zamieszkali, i wielka miłość, ja tymczasem zaczynałam dopiero chodzić na randki.

Teraz, 10 lat później, ja mam męża, fajną pracę ze spoko pensją. Nie jesteśmy z mężem krezusami, ale stać nas na taki poziom życia klasy średniej (wakacje dwa razy do roku, mieszkanie w centrum w kredycie, nic nadzwyczajnego). Tymczasem Asia straciła pracę dwa lata temu i jako że formalnie ukończyła tylko gimnazjum (nie dokończyła liceum, nie podeszła nawet do poprawki z matematyki), a jej doświadczenie zawodowe to tylko ten monopolowy, to z pracą ciężko, zwłaszcza w dobie kryzysu. Z Sebkiem nadal jest, ale na kocią łapę i Sebek wprost mówi, że on tam zawsze sobie woli zostawić otwarta furtkę, he, he. No ogólnie nieciekawie.

Pomagałam jej, nie powiem, że nie. Czasami pożyczyłam na czynsz, motywowałam ją ciągle do poszerzania kwalifikacji. Tłumaczyłam, że studia nie są niezbędne, żeby zarabiać spoko hajs, że liczy się po prostu ogarnięcie spoko zawodu. Wysłałam linki z kursami unijnymi za free. Ale nic jej nie odpowiadało. Wymówki z dupy – bo to nie, tamto nie... W końcu odpuściłam, bo mam własne problemy i jak ktoś nie chce, to się go nie zmusi. Hajs też przestałam pożyczać, bo uznałam, że to jak z przysłowiową wędką i rybą. 

A koleżanka, po kilkunastu latach mojego zapieprzu i minimalnych chęci, powiedziała, że „bo ci się poszczęściło”. Zero refleksji nad tym, że kiedy ja w weekend chodziłam do pracy, w tygodniu na uczelnię i średnio było z czasem i hajsem na imprezki, ona bawiła się świetnie, żyjąc w stylu „high life”, że nikt mi nic za darmo nie dał.
I wkurza mnie takie coś, bo jak komuś nie wyjdzie przez jego własne lenistwo, to nagle tobie się „udało”, bo miałeś farta, a biednemu to zawsze wiatr w oczy.
Dodaj anonimowe wyznanie