Jakiś tydzień temu wybrałam się na badania z 3-miesięcznym synkiem. Wysiadanie z auta i wypakowanie wózka chwilę mi zajmuje, więc jestem idealnym obiektem do zaczepienia o jakieś pieniądze.
Zaparkowałam koło Domu Katolika i Katedry w naszym mieście. Podchodzi do mnie starsza pani – obraz nędzy i rozpaczy. Zgarbiona, cała się trzęsła i ledwo mówiąc, poprosiła mnie o jakąś złotówkę „na bułkę”. Było mi naprawdę jej żal, ale nie miałam ani grosza w portfelu – nie lubię nosić gotówki. Z wyrzutami sumienia powiedziałam, że bardzo mi przykro, ale nie mam ze sobą pieniędzy. Starsza pani spojrzała na mnie, walnęła „a to spier****, ty głupia ku***”, wyprostowała się i dziarskim krokiem ruszyła w stronę innego samochodu, który niedaleko parkował.
Dawno mnie tak nie zamurowało.
Gdy byłam mała, mój tata za każdym razem, gdy wypadł mi ząb, kazał mi iść z nim do piwnicy i tam wyrzucić ząbki dla myszek... że one je jedzą. Tak więc ja, dobra dusza, rzucałam im te ząbki. Inni wierzyli we Wróżkę Zębuszkę, a ja wierzyłam w myszki...
Tak po tylu latach myślę sobie, że tata nie chciał mi dać po prostu pieniążków.
Nie potrafiłem w tym roku pokazać matce i ojcu, że znów spędzam sylwestra sam w pokoju. O dwudziestej wsiadłem do samochodu i pojechałem na miasto, zaparkowałem w cichym miejscu i czekałem, aż będzie co najmniej pierwsza w nocy. Wypiłem w tym czasie ponad pół butelki wódki z własnymi myślami, popłakałem sobie i wróciłem na piechotę do domu. Rano poopowiadałem rodzicom trochę wymyślonych historii z sylwestra, że dobrze się bawiłem itp.
Czuję się jak nieudacznik, taki życiowy nikt i zero. Mój wygląd determinuje życie, nie pozwala nikogo poznać, znaleźć dobrej pracy, niszczy życie towarzyskie, jakie mają normalni ludzie. 26 lat życia, brak dziewczyny, brak mieszkania, brak pieniędzy, brak znajomych, brak choćby kogokolwiek, żeby mnie wysłuchał. Nie rozumiem dlaczego to akurat mnie musi spotykać? Dlaczego to ja muszę być tym, z którego się śmieją, którego nie szanują, który nie może znaleźć dziewczyny? Chciałbym się urodzić w innym ciele.
Mam problemy z mitomanią. Z moich ust notorycznie padają kłamstwa, kompletnie bez kontroli. Nie potrafię się później przyznać do tego, że to co powiedziałam było przekręcone i brnę w to dalej. Wielokrotnie miałam przez to problemy. Okropnie mnie stresuje to, że za każdym razem, gdy z kimś rozmawiam, to zawsze przekręcam jakieś fakty. Nie potrafię się tego pozbyć ani przestać. Z tego powodu unikam ludzi jak tylko mogę, żeby nie musieć potem stresować się, że ktoś odkryje prawdę.
W podstawówce miałam najlepszą przyjaciółkę. Byłyśmy nierozłączne. Nikt poza mną jej nie lubił, bo była z domu dziecka, nie miała modnych ubrań ani pieniędzy do szkolnego sklepiku. Ja pochodziłam z dość bogatej rodziny, mama codziennie dawała mi 2 złote do szkoły, więc się z nią dzieliłam, kupowałam zawsze dwie paczki czipsów albo dwa pączki i razem je jadłyśmy.
Po piątej klasie moja przyjaciółka po prostu zniknęła. Nie wiem co się z nią stało, nikt mi nigdy nic na ten temat nie powiedział. Bardzo długo za nią tęskniłam, myślałam o niej bez przerwy i ciężko mi było znaleźć sobie później tak bliską przyjaciółkę. Dziś nie pamiętam nawet jak miała na nazwisko, pamiętam tylko imię i jej twarz. Ale ostatniego lata coś się wydarzyło. Byłam z moim chłopakiem na wakacjach na Korfu. Akurat zwiedzaliśmy małe nadmorskie miasteczko, gdy zobaczyłam ją. Była piękna, opalona, miała długie lśniące włosy, złoty kolczyk w nosie, wyglądała jak jakaś księżniczka. Towarzyszył jej przystojny mężczyzna i dwoje dzieci. Dziewczynka wyglądała identycznie jak moja przyjaciółka w czasach szkolnych. Ale i bez tego od razu ją poznałam. Gdy podeszłam bliżej i usłyszałam, że rozmawiają po polsku, a mężczyzna zwrócił się do niej znanym mi imieniem, wiedziałam, że to nie może być nikt inny.
Ona nie zwróciła na mnie uwagi, rozmawiała wesoło z dziećmi, zastanawiali się, co będą robić następnego dnia. Brzmieli tak spokojnie, radośnie, ciepło...
Strasznie się cieszę, że jej się dobrze w życiu poukładało. Przez wiele lat o niej myślałam, zastanawiałam się, czy żyje, czy jest szczęśliwa, czy znalazła przyjaciół i kochającą rodzinę. Chce mi się płakać ze wzruszenia na myśl, że z tej biednej, wychudzonej dziewczynki w dziurawej bluzie wyrosła piękna, szczęśliwa i pewna siebie kobieta.
Żałuję, że zabrakło mi odwagi, by się do niej odezwać. Mam do niej tak wiele pytań i tyle bym jej chciała opowiedzieć.
A jeśli jakimś cudem to przeczyta, to wiedz, S., że byłaś dla mnie jak siostra i jestem z Ciebie cholernie dumna.
Zostałem wysłany na dwutygodniowe szkolenie do stolicy i tam wpadłem w oko jednej dziewczynie. Po trzech dniach zbliżyliśmy się do siebie i zaczęliśmy damsko-męską przygodę.
Następny tydzień pokój w hotelu mieliśmy już wspólny i nie ukrywam, szkolenie mijało wszystkim na imprezach w hotelu, a nam dodatkowo na wspólnych łóżkowych zabawach na wszystkie możliwe sposoby. Super dziewczyna, tylko szkoda, że dzieli nas prawie 700 km.
Szkolenie się skończyło i kontakt się urwał. Na jej FB nie miałem telefonu. Ale przypadkiem trafiłem na jej ślad i wiecie co?
Gdy tak nam było dobrze, ona już od trzech lat była mężatką z dwójką dzieci...
Siedzę właśnie z moją mamą, która wspomina czasy, gdy byłam mała. I mówi do mnie tak: „Kiedy miałaś nocnik z melodyjką i jak się załatwiałaś i zaczynał grać, to zerkałaś i odsuwałaś gówno palcami, aby zobaczyć, skąd ta melodyjka”.
Moja mina była bezcenna.
Aktualnie mam 18 lat i się z tego śmieję, ale gdy miałam te 7 lat, była to dla mnie największa tajemnica, jaką skrywałam.
Odkąd tylko pamiętam, moi rodzice prowadzą sad z owocami, głównie porzeczki. Któregoś letniego dnia, gdy całą rodzinką zbieraliśmy właśnie porzeczkę (głównie rodzice i starsze rodzeństwo), ja z dwa lata młodszym bratem gdzieś pomiędzy krzewami wykłócaliśmy się. Do teraz nie wiem jak narodził się ten temat w naszych głowach... Kłóciliśmy się o to, że on byłby w stanie „nasikać mi na głowę”, a ja stanowczo mówiłam, wręcz się śmiałam, że nie byłby w stanie, było to dla mnie coś nie do pomyślenia.
Wtedy on wziął stołeczek, który był obok, wszedł na niego i najzwyczajniej w świecie nasikał mi na głowę...
Mój tata był policjantem. Po jego śmierci przez kilka lat tak z doskoku jeździliśmy z mężem do domu, w którym tata mieszkał: świetne miejsce na weekend, tuż pod lasem, daleko od sąsiadów. Wszystko super, poza tym, że tata był „przydasiem” i nie wyrzucał niczego, bo wszystko może się przydać. Została po nim masa klamotów. W tym, między innymi, stary drewniany fotel.
Fotel był mega wielki i brzydki, do samochodu załadować nie było jak, gabarytów jakoś nikt nie wywoził, postanowiliśmy – tak, to całkowicie naganne – porąbać go byle jak i spalić. Tak zrobiliśmy.
Ognisko rozpalone, usiadłam z piwkiem, mąż tacha siedzisko fotela z kawałkiem stelażu, pakuje do ognia. Prostuje się, ociera pot z czoła, bierze sobie piwo, siedzimy i...
I W TYM MOMENCIE KTOŚ ZACZĄŁ DO NAS STRZELAĆ.
To jest cud boski, że nas wtedy nie pozabijało. Przez jakiś czas byliśmy jak w amoku, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Dopiero kiedy przestaliśmy się trząść ze strachu i odważyliśmy wstać z ziemi, odkryliśmy, co się stało... Otóż w fotelu, dokładnie między tym siedziskiem a ramą, schowane było pudełko cholernych nabojów. Rozumiecie? Nabojów. A my je wrzuciliśmy do ognia... Do dzisiaj nie wiem, jak nam się udało ujść z życiem z tego ostrzału. Może tata nad nami czuwał. A może to było jego ostrzeżenie pod tytułem „zostawcie moje rzeczy”. W fotelu odkryliśmy jeszcze jedną paczkę nabojów. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy i tylko czekaliśmy z sercem w gardle, czy kto jednak strzałów nie słyszał i policji nie wezwie. Na szczęście to była mazurska wieś, a nie Detroit.
Do końca życia nigdy niczego tam nie spalimy.
Jak byłem w podstawówce, mieliśmy lekcje artystyczne. Na jednej z nich nagle usłyszałem, że ktoś kichnął, pomyślałem, że to moja koleżanka, więc w ramach żartu powiedziałem „Na zdrowie starej krowie”. Ku mojemu zdziwieniu zamiast śmiechu nastała grobowa cisza. Spojrzałem powoli za ramię i moim oczom ukazała się nauczycielka, zszokowana do granic możliwości. W tej chwili byłem chyba bardziej zmieszany od niej. Głupio wyszło, niestety. Wstyd tylko potem się było przyznać, że dostałem dwóje z muzyki i plastyki.
Dodaj anonimowe wyznanie